facebook instagram
  • Home
  • Książki
  • Przeczytane książki
  • Filmy
  • O mnie
  • Contact
  • Freebies

Blog recenzencki o książkach i filmach.


Autor: N. Pratt
Tytuł: "Prawda czy wyzwanie" 
Gatunek: literatura młodzieżowa
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: B. Stokłosa

Cześć kochani,
są takie książki, które zaraz po przeczytaniu opisu chcemy je koniecznie przeczytać. Tak też było w przypadku "Prawdy czy wyzwanie" autorstwa N. Pratt. Czy książka okazała się strzałem w dziesiątkę i warto ją dalej polecać? Zaraz się wszystkiego dowiecie :)

Krótko o treści...

Miłość to niebezpieczna gra…
Claire nie lubi być w centrum uwagi, ale jeśli to jedyny sposób, by Sef ją zauważył, jest gotowa podjąć to ryzyko. Sef zrobi wszystko, aby pomóc swojemu niepełnosprawnemu bratu. Wciąga Claire w niebezpieczną grę, w której ceną jest nie tylko miłość, ale nawet życie… Bo co pozostało do stracenia, gdy jesteś gotów zaryzykować wszystko?
Emocjonalna i autentyczna opowieść o odwadze i walce z przeciwnościami losu. Dwa punkty widzenia i jedna cienka granica, którą bardzo łatwo przekroczyć. A ty jak daleko możesz się posunąć, gdy kochasz?



Moja opinia...

Wiecie jak to jest z nieznanymi nam kompletnie autorami? Nie zawsze są strzałami w dziesiątkę, ale nie znaczy to wcale, iż autor jest do skreślenia. Tak właśnie było w moim przypadku z Non Pratt.

Przyznaję, nie miałam wcześniej styczności z tą autorką, ale postanowiłam mimo wszystko dać szansę książce "Prawda czy wyzwanie", bowiem spodobał mi się jej opis. Przed sięgnięciem po lekturę domyślałam się, że narracja będzie prowadzona z dwóch perspektyw i to było głównym powodem, że skusiłam się na przeczytanie tego tytułu.
"Trzeba mieć silny charakter, aby wytrzymać zamęt panujący w nieznanym nam umyśle chorej osoby i umieć dotrzeć do kogoś żyjącego w takim zamęcie."
Książkę należałoby przedzielić grubą krechą dosłownie w połowie. Kiedy jeszcze wydarzenia prowadzone z perspektywy Claire były wciągające, a z jej problemami można było się utożsamić, tak narracja ze strony Sefa nie do końca przypadła mi do gustu. Miałam ogromny problem, aby się w nią wciągnąć i spróbować wczuć się w jego punkt widzenia. W wielu fragmentach odnosiłam wrażenie, jakby autorka przeginała w zachowaniach tak młodych ludzi - szczególnie podczas wyzwań youtubowych. Miałam wielokrotnie wrażenie, jakby były one oderwane od rzeczywistości i nie do końca chce mi się wierzyć, że młodzi ludzie byliby zdolni do tak abstrakcyjnych działań. Nie twierdzę, że powody tychże zachowań były błahe, ale książka przez to była okropnie odrealniona.


Z pewnością bardzo fajnym zabiegiem było poznanie dwóch perspektyw, ponieważ w normalnym życiu niestety nie posiadamy wglądu do głowy drugiej osoby. Aczkolwiek im dalej przesuwałam się w narracji, tym miałam większą awersję do tej powieści. Może gdybym najpierw poznała punkt widzenia Sefa, łatwiej byłoby mi przebrnąć przez całą książkę.

Na pewno w "Prawda czy wyzwanie" znajdziemy wiele problemów, jakie autorka stara się podjąć. Znajdziemy tu strach przed akceptacją, przed zaufaniem względem płci przeciwnej, ale też zapoznamy się z trudniejszą tematyką jaką jest niewątpliwie zderzenie z szarą rzeczywistością i odpowiedzialnością za własne postępowanie.
Może właśnie dlatego ta druga część, nie jest taka prosta, momentami dołująca, aby czasem wręcz niezrozumiała.

Nie skreśliłabym tej pozycji i nie stwierdzę, że jest nie warta przeczytania. Wręcz przeciwnie, właśnie ze względu na podjętą przez Non Pratt problematykę, jednakże sama książka nie wzbudziła we mnie szybszego bicia serca i nie spowodowała, że jeszcze raz po nią sięgnę.

"Nie oceniaj ludzi na podstawie tego, na co nie mieli wpływu. Nie można sobie wybrać urody ani koloru skóry, ani wady wzroku, z której powodu nosi się okulary. [...] Osądzaj ludzi na podstawie tego, na co mają wpływ. Na podstawie tego, jak traktują swoich przyjaciół lub walczą o coś, co nie przychodzi im łatwo. [...] Uważaj, żeby odróżnić piękną twarz od pięknej duszy. Nie każdy został obdarzony jednym i drugim."

Moja ocena...

Tak jak napisałam powyżej, moim zdaniem jest to książka "na raz". Warta uwagi, ze względu na tematykę, ale pewnie niewielu osobom zabije przy niej szybciej serducho. Moim zdaniem 5/10 będzie adekwatną dla niej oceną. A jeśli lubicie podobną tematykę w książkach, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że pozycja ta, właśnie Wam się spodoba :)

Za możliwość przeczytania oraz zrecenzowania chciałabym podziękować Wydawnictwu Zielona Sowa.


listopada 12, 2018 No komentarze

Autor: V. Keeland
Tytuł: "Tylko twój" 
Gatunek: literatura erotyczna
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 304
Tłumaczenie: Gabriela Iwasyk

Cześć,
dziś na tapecie będzie erotyk, który otrzymałam dzięki współpracy z portalem alimero.com
Czy będzie to książka, na której się nie zawiodę? Czy pozytywne opinie w internecie pokryją się z tym, co zastanę w środku?
Zapraszam do lektury.

Krótko o treści...

Gorący playboy i milioner, który może być kimś więcej niż tylko letnim romansem
To miał być wymarzony miesiąc miodowy. Turkusowa woda, spacery w blasku księżyca, gorące słowa i gorące chwile z ukochanym mężczyzną. Do pięknego obrazka zabrakło tylko… pana młodego.
Sydney zerwała z narzeczonym dwa miesiące przed wymarzonym ślubem. Nie zamierza jednak rezygnować z miesiąca miodowego i wyrusza z przyjaciółką na wakacje.
Na miejscu poznaje Jacka, z którym spędza kilka upojnych i niezobowiązujących chwil. Sydney nie spodziewa się, że letni flirt przerodzi się w coś więcej. Jednak Jack jest typem faceta, o którym niełatwo zapomnieć.


Moja opinia...


Z Vi Keeland jest to moja pierwsza styczność. Po wielu zachwytach tą autorką postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, jak to z nią tak naprawdę jest. Zachęcona fajną, letnią okładką oraz kilkoma opiniami, stwierdziłam - "a co mi tam, raz się żyje" i po raz drugi postanowiłam sięgnąć po erotyk wydany przez Wydawnictwo Kobiece, tym razem padło na tytuł "Tylko twój".

Kilka początkowych stron zasiało w mojej głowie lekki chaos i znużenie. Nic w zasadzie się nie działo, aż do momentu, kiedy w fabule pojawił się tajemniczy, ale też jakże by inaczej - zabójczo przystojny - Jack. Od tego momentu główna bohaterka dostaje przysłowiowej "kocimiętki" w stosunku do mężczyzny i staje się płytka, bezbarwna, a jej problemy z zaufaniem wydają się wręcz śmieszne. Rzuca się na głęboką wodę w postaci jego ramion i w zasadzie tyle widzieliśmy osobę myślącą.

Moim zdaniem na rynku wydawniczym jest obecnie zbyt dużo erotyków, których pierwowzorem był Grey. W zasadzie każda nowa książka opiera się na podobnych schematach - ona zagubiona, często biedna, on - bogaty, wpływowy, z charakterem samca alfa. Zwykle przez przypadek wpadają na siebie, przez przypadek on wybiera akurat ją i przez przypadek uprawiają seks w najdzikszych miejscach oraz pozycjach. W międzyczasie wychodzą jakieś tajemnice(albo z jej albo jego strony), aby na koniec całość skończyła się ślubem(choć autorka w "Tylko twój" zostawiła sobie w tym temacie pole na następną część). Po dwóch, trzech książkach tego typu, czytelnik ma po prostu dość. Pozycja jest zbyt oczywista, wręcz banalna i wszystko zmierza w jednym, znanym nam kierunku.



W książce "Tylko twój" Vi Keeland brakuje równowagi pomiędzy fabułą a scenami łóżkowymi. Te drugie stanowią jakieś 80 procent treści i z czasem po prostu przekartkowywałam książkę zamiast ją czytać. Miałam po prostu dość przeżyć wewnętrznych głównej bohaterki opartej na jej "clitoris".
Niestety, ale pozycja ta ma ogrom powtórzeń(nie jestem pewna czy to wynika z braków językowych autorki, czy też tłumacza), język jest prosty - choć wolałabym napisać, że momentami wręcz prostacki. Na szczęście całość czyta się dość szybko i podchodząc do tej książki, trzeba być nastawionym jedynie na rozrywkę.

Zdecydowanie jest to pozycja skierowana do pań, które lubują się w literaturze erotycznej. Ja niestety do takich osób nie należę, choć od czasu do czasu lubię urozmaicić sobie aktualną listę czytelniczą. Na pewno nie będzie to książka, która zostanie przeze mnie zapamiętana na długo.

Ogromnym plusem tej powieści jest zdecydowanie okładka. Fajna, wakacyjna, oddająca charakter treści - przynajmniej pierwszej połowy - bez napompowanego macho; choć nie pamiętam, aby główny bohater wylądował w wodzie.

Moja ocena...

5/10 będzie i tak lekko zawyżoną oceną. Następnym razem będę uważniej dobierać tytuł do recenzji i bardziej będę ufać intuicji, bo ostatnimi czasy jest tak, że średniaki są pakowane w okładki estetyczne, ładnie mrugające w naszą stronę, a co ciekawsze tytuły przechodzą bez echa... Nie jestem pewna, czy jeszcze kiedyś spróbuję przeczytać ponownie cokolwiek, co wyjdzie spod pióra Vi Keeland.

A za możliwość przeczytania i recenzowania chciałabym podziękować alimero.com



Czytaliście coś tej autorki? Podobało się Wam? 
września 05, 2018 No komentarze

Cześć kochani,
czas na kolejny wpis z serii #CHILD'SRETURN, bo mam już małe zaległości, a zatem żeby nie przedłużać - zaczynamy! :)



Krótko o treści...

Bob Parr, niegdyś znany jako "Pan Iniemamocny" prowadzi spokojne, gnuśne życie. Pracuje w firmie ubezpieczeniowej oraz pomaga swojej żonie Helen w obowiązkach domowych oraz w wychowywaniu dzieci. Każdy członek rodziny posiada własną, niezwykłą moc. Ich dzieci nie wiedzą wszystkiego o dawnych zajęciach rodziców. Niespodziewanie jednak przed Iniemamocnym pojawia się szansa, by wrócić do branży i przeprowadzić bardzo niebezpieczną, tajną akcję na dalekiej wyspie i pokonać Syndroma. Parr skorzysta z niej z ochotą, ale długa przerwa w aktywności sprawi, że nie będzie to łatwe. Przy okazji wciągnie w wir zdarzeń całą rodzinę.

Zdjęcie pochodzi z bazy IMDb.

Moja opinia...

Kiedyś jak byłam młodsza, zrobiłam dwa podejścia do tej bajki - oglądałam ją na raty. Pamiętam jak przez mgłę, że to nie były moje ulubione klimaty. Przez lata moje zdanie na temat "Iniemamocnych" niestety się nie zmieniło. Troszkę liczyłam po cichu, że może to przez mój wiek, źle odebrałam treść, ale jednak nie... "Iniemamocni" nie zdobyli mojego serca ani za czasów młodości, ani obecnie.

Według mnie w tej bajce jest za dużo... przemocy. Tak, jestem raczej zdania, żeby najmłodszym jak najrzadziej pokazywać tego typu obrazy, które dzieciaki chłoną jak gąbka a następnie naśladują. 
Napiszę więcej, moim zdaniem jest to Marvel przeniesiony na animację i lekko podrasowany, aby dzieciakom się spodobało.

Zdjęcie pochodzi z bazy IMDb.


Twórcy po części poszli na łatwiznę zarówno biorąc pod uwagę animację jak i jej tematykę. Animacja jak na 2004 rok jest przytłaczająco słaba. Zdaję sobie sprawę, że choć minęło prawie 10 lat od pierwszej produkcji wykreowanej w technice animacji 3d, to jednak zarówno tło jak i postaci są bardzo ubogie. Brakuje tekstur, głębi, przez co wszystko wydaje się spłaszczone i bez wyrazu. 
Tematyka jest niestety również oklepana. Walka ze złem dobitnie ukazana poprzez schemat dobrzy bohaterowie, kontra źli, niekomicznie do mnie przemawia. 
Początek w tej bajce był zaskakujący i aż zaczęłam się zastanawiać skąd u mnie była wcześniejsza awersja do tego obrazu, ale im dalej w las, tym widziałam co raz więcej niepotrzebnych scen.

Na pewno "Iniemamocni" plusują polskim dubbingiem. Piotr Fronczewski jak Pan Iniemamocny, czy Kora grająca Ednę - dla mnie to mistrzostwo i aż chce się na koniec klasnąć w dłonie za niebywały kunszt. 

Moja ocena...

Niestety, ale nigdy to nie była i raczej nie będzie moja ulubiona bajka. "Iniemamocni" są dla mnie zmarnowanym potencjałem, którego nawet świetny dubbing nie uratował. Ocena? 5/10. 
sierpnia 28, 2018 No komentarze

Autor: A. Gruszczyńska
Tytuł: "Super Laska. Skończ z dietetyczną recydywą!" 
Gatunek: poradnik
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 226


Cześć kochani,
dawno na blogu nie było żadnej opinii poradnika, więc postanowiłam to zmienić. Ja do tego gatunku podchodzę raczej sceptycznie i musi mnie temat wyjątkowo zainteresować, aby po taki rodzaj literacki sięgnąć. Właśnie dlatego zdecydowałam się na "Super laskę. Skończ z dietetyczną recydywą!", mając nadzieję na to, że dowiem się czegoś odkrywczego w temacie diet czy też zdrowego odżywania. Ale czy rzeczywiście tak było?


Krótko o treści...

Cześć! Tu Ania!
Jestem SuperLaską! Skąd to wiem? Bo skończyłam z recydywą!
Jak to zrobiłam? Wyrzuciłam z głowy diety po latach walki ze swoim ciałem i zaburzeniach. Teraz prowadzę bloga „Wilczo Głodna”, gdzie uczę kobiety samoakceptacji. Do tego jem jak najwięcej nieprzetworzonych produktów – przecież takie jedzenie jest dla nas naturalne od tysiącleci. Dopiero przez ostatnie sto lat my, ludzie, wywróciliśmy nasze jadłospisy do góry nogami. Ale czas wrócić do tego, co dla nas najlepsze!
Nie jest ci potrzebna żadna dieta, tylko zdrowe podejście.
Chcesz zostać SuperLaską taką jak ja? Zajrzyj do środka.

Moja opinia...

Z tego co zdążyłam przeczytać o samej autorce, "Super laska..." nie jest jej pierwszą książką z tego gatunku. Wcześniej na polskim rynku ukazały się "To nie jest dieta" oraz "Ja. Wersja 2.0", jednakże z racji czasu, gdzieś mi te pozycje umknęły, więc będę musiała się oprzeć na tej jednej książce.


Zacznę może od pozytywnych aspektów, jakie mi się od razu rzuciły podczas lektury tej książki. Zdecydowanie jest to pozycja, która pomaga zrozumieć pewne mechanizmy, jakie zachodzą w naszych organizmach. Autorka w bardzo klarownie i przystępnie przekazuje nam wiedzę, która niejedną osobę na lekcjach biologii potrafiłaby zanudzić.
Ciekawie jest również prowadzona narracja w formie zadania pytań i odpowiadania na nie, dzięki czemu szybko się czyta i momentami mamy wrażenie, jakbyśmy prowadzili z kimś rozmowę.

Interesującym aspektem były ćwiczenia i zadania, które co jakiś czas pojawiały się w książce, mające za zadanie nas zmotywować i zastanowić się nad dotychczasowym podejściem do jedzenia. Powiedziałabym, iż jest to raczej połączenie motywatora ze sporą dawką wiedzy. Z pewnością oba aspekty przydadzą się osobie, która jeszcze nigdy nie próbowała diet, natomiast osoby ze sporym zastrzykiem wiedzy mogą się na tej pozycji przejechać. Ja, jako taka osoba, która próbowała różnych diet, również z różnym skutkiem, może Wam powiedzieć, że na rynku znajdziecie zdecydowanie ciekawsze poradniki, zawierające bardziej merytoryczną wiedzę.

Bardzo fajnym elementem pojawiającym się co jakiś czas w książce były również kolorowe grafiki. Ogromne brawa się w tym miejscu należą ilustratorce Angelice Szczepaniak, której to ilustracje wzbogaciły tekst Anny Gruszczyńskiej. Myślę, że dodały książce wartość dodaną. Sprawiły, że tekst czytało się szybko, a sama lektura stała się bardziej dynamiczna i charakterystyczna.

Jedynym minusem jaki widzę w tej powieści, to dość ograniczone grono odbiorców. Przez całą pozycję odnosiłam wrażenie, jakby była ona kierowana do młodzieży, jeszcze nie do końca ukierunkowanej, z nikłą wiedzą na temat zdrowego trybu życia. Jednak mimo to, całość wydaje się być skończonym produktem. Ale czy polecam? Może dla osoby niedoświadczonej i rozpoczynającej swoją przygodę ze zdrowym trybem życia - tak. Pozostali czytelnicy mogą się mocno na tej pozycji zawieść.

Moja ocena...

Według mnie uczciwą oceną tej powieści będzie 5/10. Osobiście niczego nowego z niej nie wyniosłam, ale fajnie było przebrnąć przez jej lekturę i trochę odświeżyć sobie wiedzę. Jak dla mnie była to książka na jeden wieczór i pewnie szybko o niej zapomnę.

A za możliwość przeczytania i zrecenzowania chciałabym podziękować Wydawnictwu SQN.


sierpnia 21, 2018 No komentarze

Autor: S. Franson
Tytuł: "Jak upolować pisarza" 
Gatunek: literatura obyczajowa
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska

Cześć,
jakiś czas temu zachęcona hasłem, jaki pojawił się na okładce książki "Diabeł ubiera się u Prady na dzisiejsze czasy", stwierdziłam, że chętnie podejmę się recenzji książki Sally Franson "Jak upolować pisarza". Serdecznie zapraszam do lektury ;)



Krótko o treści...

Jest bezwzględna. Jest bezczelna. Nie polubisz jej od razu. 
Casey Pedergast jest dyrektorką kreatywną agencji reklamowej. W świecie brandów i marek czuje się jak ryba w wodzie i bezwzględnie pnie się po szczeblach kariery. W wolnych chwilach czyta. Głównie Instagrama. 
Kiedy jej szefowa wpada na genialny pomysł zatrudnienia pisarzy do kampanii reklamowych, Casey ma pozyskać najbardziej gorące nazwiska świata literatury. Ale gdy pierwszą ofiarą ma być przystojny pisarz Ben, sprawy mogą się łatwo wymknąć spod kontroli. 
Co wyniknie z polowania Panny Ambitnej na Przystojnego Pisarza? Kto zyska, a kto straci na zderzeniu wielkiego świata literatury i reklamy? I czy jest tam miejsce na miłość?
(Opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Znak)

Moja opinia...

Dawno nie spotkałam się z taką książką, która wzbudziłaby we mnie takie emocje! Nie mam tu w żadnym wypadku na myśli palety tych pozytywnych. Wręcz wielokrotnie podchodziłam do powieści z nadzieją, że jednak coś się zmieni -niestety, próba była skazywana na fiasko.

"Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie przez to samo."

Najgorsze chyba jest to, że nic nie wskazywało na to, aby powieść miała aż tak mnie zawieść. Opis wydawał się zachęcający, okładka była nawet ciekawa i do tego polecajka od Lady Margot, na której dotychczas się nie zwiodłam. Wszystko to, tak strasznie wpuściło mnie w maliny, że aż jest mi żal spędzonego czasu przy tej powieści.

Czuję wewnętrzną walkę, pisząc tę opinię, bowiem z jednej strony wszystko się zgadza — mamy tu produkt dobry, skończony — co prawda nie wybitny, ale chyba nie takie było założenie autorki, natomiast z drugiej jest wiele rzeczy, które mnie jako czytelnika, strasznie denerwowały.
Sally Franson ma specyficzny styl pisania. Jest to ten rodzaj pióra, którego szczerze nie lubię w książkach, bo polega on na tym, że autor wciąga nas w daną sytuację, po czym w jej trakcie dodaje mnóstwo nietrzymających się kupy wątków, aby... wrócić do pierwszej myśli i prawdę powiedziawszy zmusza czytelnika do zastanowienia się, o czym była mowa na samym początku. To jest tak denerwujące, że kiedy spotykam się z czymś takim, to najczęściej odkładam książkę na bok, bo szkoda mi czasu.
W tym miejscu należy wspomnieć również nierównowadze na rzecz opisów i przemyśleń głównej postaci. Zdecydowanie za dużo treści, a za mało akcji. Do tego tęsknym wzrokiem wyczekiwałam każdego kolejnego dialogu, bo były takie fragmenty w tej pozycji, gdzie narracja zniechęcała do dalszego czytania.
Prawda jest też taka, że praktycznie całą powieść nic się nie dzieje, a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Niby główna bohaterka jeździ po stanach, zachęca autorów do podpisania umów z agencją i sponsorami, ale w większości nie ma to odniesienia dla dalszych wydarzeń. Tylko troje autorów w dalszej części się pojawia, ale reszta? Nie do końca rozumiem ich sens. Autorka miała podpisaną umowę na ileś set stron i musiała się z tego wywiązać? Bo innego racjonalnego wytłumaczenia nie jestem w stanie znaleźć.
"[...] homogeniczność jest źródłem rasizmu, ale pomaga się nam też dogadywać. Różnice, w tym inteligencja lub talent, są korygowane, tak żeby nikt się nie wybijał i nie ośmielił się wyjść przed szereg. Wszyscy czują się komfortowo, bo nikt się nie wyróżnia."

Dawno też nie spotkałam się z taką sytuacją, kiedy to postaci drugoplanowe bardziej by mi się spodobały niż główna bohaterka. Chyba jest to pierwszy taki przypadek. Casey Pendergast przez 90% książki sprawia wrażenie typowej osoby, której ma syndrom władzy i zadzierania nosa. Miałam wielokrotnie wewnętrzną ochotę potrząsnąć dziewczyną, aby się opamiętała. Casey została złapana w typowe sidła wyścigu szczurów i gdyby nie pewien przykry incydent, przypuszczam, że nieprędko by się opamiętała.
Za to bardzo podobała mi się Susan, Ellen, Ben oraz pojawiający się na sam koniec epizodycznie Chris. W zasadzie, gdyby nie te postaci, to pewnie szybko bym zrezygnowała z czytania, ale także z dokonania opinii.



Oczywiście w książce "Jak upolować pisarza?" znajdziemy wiele wątków, które teoretycznie powinny nas zachęcić do lektury tej powieści, ale zostały one zepchnięte do kąta. Bo i pojawia się tu wątek miłości, utraconej oraz odbudowywanej przyjaźni. Jest też próba odnalezienia swojego miejsca na świecie, czy choćby niby główny punkt, ale potraktowany po macoszemu - krzywdzenie i zszarganie opinii niczemu winnej kobiety, na rzecz ogromnego ego pewnego mężczyzny.

Wiecie co tak naprawdę uratowało tę pozycję? Cytaty. Jest to ten aspekt, który sprawia, że mam wewnętrzny konflikt. Na całej linii książka zawodzi, a mam zaznaczonych w niej siedem fajnych cytatów, które z pewnością zapamiętam na długie lata. Jest to przekomiczna i dość absurdalna sytuacja, która zdarzyła mi się po raz pierwszy, odkąd dokonuję opinie na blogu.

"Książki, [...], nigdy nie zawodzą. To najlepszy rodzaj ucieczki, bo zamiast odciągać cię od siebie samego, będą wokół ciebie krążyć i na koniec zawsze cię do siebie przywiodą i pomogą nie tylko spojrzeć na sytuację świeżym okiem, ale także przyjrzeć się na nowo samemu sobie."


Moja ocena...

Według mnie książka zasługuje na naciągane 5/10. Jest to tak zwany średniak z dolnej półki i oprócz wspomnianych wyżej cytatów, pewnie szybko o tej pozycji zapomnę. Niestety, ani fabuła, ani jej forma do mnie nie przemówiła i tym razem nie polecę jej nikomu do przeczytania - czytacie na własne ryzyko :)

A za możliwość recenzji oraz przeczytania, chciałabym podziękować Wydawnictwu Znak.


sierpnia 09, 2018 No komentarze

Autor: M. Stiefvater
Tytuł: "Przeklęci święci" 
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 360
Tłumaczenie: Piotr Kucharski

Cześć kochani,
są książki, w których zakochujemy się dosłownie od pierwszych stron. Autorzy porywają nas w swój wykreowany świat albo w historię opisaną w danej powieści. Nawet jeśli czasem im coś nie wychodzi, to skupiamy się raczej na pozytywach... Czy w "Przeklętych świętych" udało mi się skupić na nich uwagę? Zachęcam do lektury poniższej opinii :)



Krótko o treści...

Beatriz, Joaquin i Daniel są kuzynami i postanawiają zawalczyć o swoją przyszłość. Chcą zmierzyć się z rodzinną legendą oraz przekleństwem. Pozornie niedostępna i zimna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej porywy serca. Joaquin jako tajemniczy Diablo, Diablo oddaje się pasji prowadzenia nielegalnej rozgłośni radiowej. Daniel – mianowany przez rodzinę świętym z Bicho Raro – zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą. 
Nad pustynne Kolorado nadciąga mrok, który można pokonać tylko wtedy, jeśli ma się odwagę spojrzeć w głąb siebie i zmierzyć się z własnymi uczuciami. Jak cuda odmieniają los pątników, tak los rodziny Soria odmieni się wraz z przybyciem do miasteczka Pete'a Wyatta i historią pewnej miłości.
(opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Uroboros)

Moja opinia...

Maggie Stiefvater jest mi znana jako autorka i miałam już z nią styczność, dlatego bardzo się ucieszyłam, że Wydawnictwo Uroboros postanowiło wydać jej kolejną pozycję „Przeklęci święci".
Zachęcona opisem zacierałam ręce, że już wkrótce będę mogła przeczytać jej najnowszą powieść...



I z początku było całkiem przyjemnie. Autorka próbowała nas wciągnąć w wykreowaną przez siebie historię i nawet momentami jej się to udawało. Jednak im bardziej wgłębiałam się w treść, z jaką przyszło mi się „spotkać”, zaczęłam liczyć na cud tak jak jej bohaterowie. Na cud, że w końcu coś się w niej wydarzy! Gdy przekroczyłam połowę „Przeklętych świętych”, już wiedziałam, że nie mam co na ten cud liczyć. Po prostu autorka specjalnie zdecydowała się na taki, a nie inny zabieg, aby chyba nas — czytelników, zamęczyć.

Największy problem mam z elementami typowo konstrukcyjnymi samej powieści. Według mnie książka ta nie posiada harmonii pomiędzy dialogami a opisami. Tych drugich jest zdecydowanie za dużo, przez co wkrada się melancholijny, wręcz usypiający charakter całej książki.

"Idea perfekcji istnieje tylko po to, abyśmy mieli do czego dążyć. W samą jej koncepcję wbudowana jest niemożliwość i dlatego mówimy na nią "perfekcja" zamiast "niesłychanie dobre wykonanie". 

Dodatkowo w tym miejscu muszę wspomnieć o specyficznej narracji. Autorka „Przeklętych świętych” utrzymała w narracji trzecioosobowej. Nie byłoby w tym aspekcie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w trakcie potrafiła ni z gruszki, ni z pietruszki dodać fragment, który po pierwsze nie wnosiłby nic do treści, a po drugie sprawiał, że zapominaliśmy o pierwotnym wątku. To było strasznie niewygodne podczas czytania i wymagało od czytelnika dodatkowego skupienia na tekście.

Kolejnym zarzutem wynikającym z moich subiektywnych odczuć, to mnogość bohaterów. Brakowało mi w „Przeklętych świętych” postaci przodującej, wyróżniającej się, która pociągnęłaby za sobą akcję, której niestety było jak na lekarstwo. Przez to, że bohaterów było za dużo, zabrakło mi możliwości zżycia się z nimi, stworzenia ciekawej więzi i po skończonej lekturze zatęsknienia za nimi.



Według mnie, w „Przeklętych świętych” było za dużo filozofowania, tworzenia na siłę mgły mistycyzmu, natomiast zdecydowanie za mało kreatywności ze strony autorki w postaci charakterystycznego świata/wizji, który ukazałby jej cały kunszt, ale także bohaterowie zbyt wiele czasu spędzali na miotaniu się pomiędzy różnymi scenami czy postaciami, przez co wewnętrznie pragnęłam, aby ta książka jak najszybciej się skończyła.

Moja ocena...

„Przeklęci święci” nie jest źle napisaną pozycją, ale sam styl pozostawia sporo wątpliwości, aby po nią sięgnąć. Dodatkowo brak akcji i usypiająca narracja niewątpliwie działa na jej niekorzyść. Według mnie 5/10 to jest maksimum, jakie mogę dać tej powieści. Jest to książka średnia, ale za to z rozpoznawalnym nazwiskiem autorki.

A za możliwość przeczytania chciałabym podziękować Wydawnictwu Uroboros.



czerwca 26, 2018 No komentarze
Older Posts

Wyzwanie obieżyświata

Pod tym linkiem znajduje się więcej informacji na temat wyzwania czytelniczego, jakie sobie narzuciłam w 2019r.
Pewnie przejdzie ono również na 2020r., ale mimo wszystko zachęcam do zajrzenia na stronę :)

W I Ę C E J

Zajrzało tu już...

About me

About Me

Cześć!
Witaj w moim małym miejscu.
Serdecznie zapraszam cię do mojego świata, gdzie królują książki i filmy.
Zrób sobie herbatkę lub kawkę, złap za ciepły kocyk i spędź miło czas :)

Kasia, @czytamiogladam_pl

Instagram

Labels

10/10 2/10 3/10 4/10 5/10 6/10 7/10 8/10 9/10 film książka

Blog Archive

  • ▼  2021 (1)
    • ▼  września (1)
      • #192 Sekret Heleny | L. Riley
  • ►  2019 (33)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (1)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (3)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (6)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2018 (97)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (7)
    • ►  września (12)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (7)
    • ►  czerwca (6)
    • ►  maja (10)
    • ►  kwietnia (10)
    • ►  marca (10)
    • ►  lutego (9)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2017 (99)
    • ►  grudnia (9)
    • ►  listopada (10)
    • ►  października (11)
    • ►  września (11)
    • ►  sierpnia (13)
    • ►  lipca (15)
    • ►  czerwca (12)
    • ►  maja (8)
    • ►  kwietnia (8)
    • ►  marca (2)

Created with by ThemeXpose